4 listopada 2013

429. bana(na)lnie

Pieczone migdałowe banany z cukrem trzcinowym, jogurtem greckim i płatkami migdałowymi
vegan: jogurt grecki -> ubita śmietanka kokosowa

     TYDZIEŃ W RYTMIE PONIEDZIAŁKU vol. 2: John Frusciante

Dzisiaj znowu będzie raczej dość ogólnikowo, ale tym razem poczułam nieodpartą potrzebę napisania kilku słów o jednym z moich ulubionych nie tyle gitarzystów, co wokalistów.
Swojego czasu, tzn. mniej więcej 10 lat temu (brzmi to trochę, jakbym miała co najmniej 40) byłam wielką fanką Red Hot Chili Peppers. Z wiekiem to uwielbienie jednak jakoś mi przeszło, a kiedy z czasem RHCP stało się prawie tak mainstreamowe jak Christina Aguilera (bo mały Marian zarzucał włosami nie w rytm "Californication", ale wykrzykiwał "True Men Don't Kill Coyotes"), nie chciałam już nawet tego stanu rzeczy zmieniać. Natomiast gdyby nie RHCP, pewnie nigdy nie sięgnęłabym jednak do solowej twórczości Johna Frusciante, ich byłego już gitarzysty. O ile fanką tego, co uskuteczniają teraz Anthony, Flea i Chad wraz z nowym gitarzystą, nie jestem, to kierunek, w którym John zaczął iść od pewnego czasu, jeszcze przed odejściem z zespołu, bardzo mi odpowiada. W 2009 roku wydał genialną moim zdaniem płytę "The Empyrean", dla mnie najlepszą w całej swojej karierze (choć świetna "Shadows Collide With People" również zasługuje na polecenie). Wydaje mi się, że coraz trudniej dzisiaj o dobrą płytę, natomiast "The Empyrean" jest jedną z tych niewielu, na których nie ma dla mnie ani jednego zbędnego utworu. Jeżeli natomiast idzie o Red Hot Chili Peppers, to chociaż zwykle po odejściu z zespołu mojego ulubionego członka (patrz: Black Sabbath z Ozzy'm i Black Sabbath z Dio) moje podejście do niego zmienia się diametralnie, to choć ich obecne poczynania zupełnie po mnie spływają, nie mogę nie docenić Josha Klinghoffera. I tym razem również nie za to, co robi z zespołem, ale za współpracę z Johnem Frusciante właśnie. Obaj gitarzyści przyjaźnią się bowiem od lat i Klinghoffer gościł nie raz na płytach Frusciantego, zaś najbardziej wdzięcznym owocem ich współpracy jest album z 2004 roku "A Sphere in the Heart of Silence" z której pochodzi moja ulubiona piosenka tego duetu, "At Your Enemies". Na koniec zostawiam Was zatem z dwoma utworami - wspomnianym wcześniej "At Your Enemies" i jednym z wielu wspaniałych z "The Empyrean".

   

Poza tym - jak tam od zeszłego tygodnia Wasze doświadczenia z Fismollem? Ktoś się przekonał, posłuchał, polubił? :)

PS: Co powiedzielibyście na dołączanie codziennie do każdego wpisu takiego małego przypomnienia, może po prostu obrazka z linkiem do śniadania, które było np. równo rok wcześniej, ewentualnie 100, 200, 300 wpisów wstecz?

10 komentarzy:

  1. Bardziej mi się podoba odpowiednik 'rok wcześniej'. Taka fajna klamra to by była:)
    Red Hot.... jak ja ich nie znosiłam! Pamiętam, że w MTV często leciały ich piosenki, cholery dostawałam na te ich charczące głosy i wycie, Zdecydowanie wolę Fismolla, którego polecałaś tydzień temu:)

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem jak najbardziej za linkami :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do linków to fajny pomysł :)
    A te banany *.*

    OdpowiedzUsuń
  4. banany *.* świetnie pomyślane!

    OdpowiedzUsuń
  5. świetny pomysł! ;) ja jednak i tak najbardziejczekam na powrót przepisów...

    OdpowiedzUsuń
  6. tak poza wszelkim tematem - wiesz, że masz talent do pisania? :) przeczytałam to co napisałaś jednym tchem, takie to przyjemne dla oka, serio!
    a co do Fismolla, to że przeważnie nie słucham takiej muzyki to była to dla mnie muszę przyznać miła odmiana. wieczór, kocyk, herbata i ta muzyka - no super! ale w sumie dzisiejsza propozycja będzie jeszcze bardziej super, bo już bardziej moje klimaty :D
    i muszę dodać jeszcze tylko że ge-nia-lny pomysł z tymi śniadaniami sprzed roku! takie fajne wspominanie, podoba mi się :)
    a zdradziłabyś może na jakiej zasadzie banany są migdałowe? aromat, masło, mleko? :D

    OdpowiedzUsuń

OBSERWUJĄ