Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boczek. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2014

500. gdyby Elvis był Włochem, a Maria'n konsekwentny

Panini z domowej pełnoziarnistej bagietki z bananem, masłem orzechowym i bekonem

Tosty z włosami? Polecam, w tym sezonie najmodniejsze blond.
Gdyby Elvis był Włochem, z pewnością nie pogardziłby jednak panini w takiej wersji. A co by było, gdyby Maria'n był konsekwentny? Nie musiałby pisać całego tego posta. Jeżeli chcecie - przeczytajcie, jeżeli nie - to jest ten moment, w którym można napisać już "mniam". Chociaż nie... Banan, masło orzechowe i bekon "mniam"? To... "intrygujące".

Sama nieraz uśmiecham się pod nosem z wyrazem politowania na twarzy, kiedy czytam różne fantazyjne, figlarne, f... filuterne (więcej, więcej przymiotników na f!) tytuły, jakimi opatrzone zostają kolejne równie wymyślne wpisy na niejednym śniadaniowcu. Zatem nie podejrzewałam nawet, że ktokolwiek uwierzy w dosłowne znaczenie naiwnego tytułu wczorajszego wpisu. Jednak... To naprawdę już koniec.
"To naprawdę już koniec". Te słowa od dłuższego czasu powtarzałam sobie praktycznie dzień w dzień. Po każdym słoiku masła orzechowego, po każdej tabliczce czekolady, po każdej blasze ciasta. W kontekście wspomnianego ostatnio przy okazji 365-dniowego flashbacku wpisu poczułam się trochę w obowiązku odnieść do tego, jak wygląda moje podejście do żywienia teraz. Od czasu tamtego posta wciąż dostaję mnóstwo maili, których niemal identyczną treść znam prawie na pamięć. I do pewnego czasu starałam się odpisywać na nie najbardziej rzetelnie i sumiennie, jak tylko potrafiłam. Jakkolwiek muszę przyznać, że po kolejnym kliknięciu "wyślij" po n-tym przepisaniu tych samych rad, tych samych zaleceń, a jedynie po raz kolejny ubranych w inne słowa, zaczęłam je ignorować. Jednak nie dlatego, że zaczęło mnie to nudzić. Dlatego, że zaczęłam czuć, że straciłam w tej kwestii jakikolwiek autorytet, jeżeli kiedykolwiek w ogóle takowy posiadałam.
Nie chcę pisać, jak do tego doszło - co było bodźcem, jak to wszystko do tej pory wyglądało - bo nie ma w tym wiele ciekawego. Jakkolwiek o ile skutki, które towarzyszyły mojej wyniszczającej diecie równo dwa lata temu, zmusiły mnie do jedzenia, o tyle w pewnym momencie, kiedy zwijając się z bólu po zjedzeniu w pojedynkę całej kaczki, blachy ciasta, mnóstwa czekolady i sporej ilości innych rzeczy, o których wciąż wiem tylko ja, ponownie dotarł do mnie jakiś impuls. Coś jest chyba nie tak. "Nie sądzisz, Marianie? To nie jest to, o czym pisałaś tym, którzy mając problem prosili cię o radę. Sama masz teraz problem."
Właściwie to moje świąteczne (i notabene trwające jeszcze sporo przed świętami - w końcu trzeba się było zaprawić w boju) obżarstwo skończyło się dopiero kilka dni temu. Do tej pory śmiałam się, że w te święta nadrobiłam jeszcze te zeszłoroczne, kiedy złapało mnie zatrucie pokarmowe. Ale chyba nie powinno mi być do śmiechu. Nie można wszystkim obarczyć śmierci bliskich, samotności. Ale trzeba też umieć przyznać się do błędu. Wiem, że gdzieś pobłądziłam. Wiem, że mam na tyle silny charakter, że wrócę na właściwe tory i odnajdę odpowiednią drogę. Drogę umiaru.
Po raz kolejny wychodzi to, jakim jestem leniem, bo na pięćsetny wpis nie przygotowałam dla Was nic "speszyl" (chociaż ten wpis... chyba jednak można go pod to podciągnąć :D). Post ze śniadaniem numer 600 będzie jednak inny. 500 to wszakże idealna okazja, by dać sobie te kolejne sto dni na ogarnięcie się. Pogodzenie się ze sobą. Kilka dni temu miałam już zacząć. Ale 500 daje większą motywację. Sto dni, sto śniadań, sto konieczności stoczenia walki ze samą sobą. Za sto dni napiszę, jak zmieniło się moje odżywianie, jak zmieniło się moje ciało na przestrzeni tego czasu. A jeżeli nie będę się wstydzić, to nawet zilustruję efekty odpowiednimi zdjęciami porównawczymi. To, że wstyd i poczucie przyzwoitości wygrają, jest dość prawdopodobne, jednak będę miała te kolejne sto dni na oswojenie się z tą myślą.
A teraz spinam pośladki - pora już dzisiaj porządnie się spocić.

          365 dni temu

19 maja 2013

260.

Grzanki z domowej bułki wieloziarnistej z pancettą i parmezanem, smoothie szpinak-banan-awokado

Dzisiaj podobno Światowy Dzień Pieczenia, więc upieczone już co prawda bułeczki wrzucam rano do piekarnika, by przynajmniej je zapiec.

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że będzie mi aż tak brakować biegania. Kiedy moja naderwana kostka lekko odpuściła, od razu wskoczyłam w conversy (nowe buty biegowe dostanę pewnie dopiero na dzień dziecka, bo stare zakończyły swój żywot już zeszłej jesieni, a w zimowych, ocieplanych bym się ugotowała). Za pierwszym razem czułam się, jakbym wydostała się z jakiegoś więzienia - biegłam przed siebie, całą sobą ciesząc się odzyskaną wolnością. Mam wrażenie, że wyglądałam wtedy mniej więcej tak:


Biegając nigdy nie słucham muzyki. Strasznie się wtedy męczę (nie, nie fizycznie). Bieganie to najlepszy czas, jaki mogę poświęcić samej sobie. Wyruszając przed siebie dokładnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, mam szansę zwrócić uwagę na to, co normalnie umyka moim zmysłom. Nie wiem, czy to możliwe, ale wczoraj, kiedy biegłam, mimo kataru dosłownie czułam zapach kwitnących przy drodze poziomek. Rzucając cały czas na pobocze zużyte chusteczki wyglądałam pewnie, jakbym znaczyła sobie drogę, na wypadek, gdybym się zgubiła. (; Brakowało mi tego. Bardzo mi brakowało tej wolności, możliwości zastanowienia nad wieloma rzeczami właśnie w trakcie biegu. Ale - nie zapeszając - wracam do gry!

15 kwietnia 2013

226.

Domowa bułka owsiana z masłem orzechowym, bananem, bekonem i syropem klonowym
vegan: pominąć bekon :D

Niektórym z Was pewnie to stuprocentowo elvisowskie połączenie będzie wydawać się kompletnie niezjadliwe, ale ja przełamałam się, spróbowałam - i skradło moje serce!


BUŁKI OWSIANE
(3 bardzo duże albo 4-5 mniejszych*)

          90 g mąki pszennej pełnoziarnistej
          90 g mąki pszennej tortowej
          30 g płatków owsianych (następnym razem dodam ich 
          więcej w stosunku do ilości mąki - spokojnie możecie 
          dać 60 g płatków, zmniejszając wtedy ilość obu 
          mąk do 75 g każdej)
          180 ml mleka owsianego
          łyżeczka drożdży suszonych
          łyżeczka syropu klonowego
          łyżeczka soli

Mleko owsiane podgrzewam, a kiedy będzie letnie, odlewam mniej więcej 50 ml. Pozostałą część zagotowuję, natomiast w tej odłożonej rozpuszczam drożdże i syrop klonowy. Odstawiam je na chwilę na bok, by zaczęły pracować. Płatki owsiane zalewam zagotowanym mlekiem tak, by przykryło płatki półcentymetrową warstwą. Odstawiam je do napęcznienia, a w tym czasie przesiewam obie mąki do miski i dodaję do nich sól. Gdy płatki wchłoną cały płyn i lekko przestygną, dodaję je razem z drożdżami do miski z mąką. Mieszam ciasto łyżką, dolewając stopniowo pozostałe mleko (jeżeli nie zostało wykorzystane w całości do zalania płatków). Gdy połączy się z grubsza, zaczynam wyrabiać je dłońmi i robię to przez kolejne 10 minut. Po tym czasie formuję z ciasta kulę, którą umieszczam z powrotem w misce. Owijam ją folią spożywczą i odstawiam na 40 minut w ciepłe miejsce, by ciasto podwoiło swoją objętość. Po upływie tego czasu ponownie je zagniatam i dzielę na tyle części, ile chcę upiec bułeczek. Formuję bułki i układam je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, a następnie smaruję z wierzchu mlekiem owsianym. Odstawiam bułeczki na kolejne 20 minut w ciepłe miejsce (najlepiej nagrzać piekarnik do 50 stopni, wyłączyć go i wstawić do niego blachę z bułkami; po 15 minutach można je wyciągnąć i rozgrzać piekarnik do odpowiedniej temperatury). Po 20 minutach ponownie smaruję je mlekiem owsianym i wstawiam do nagrzanego do 200 stopni piekarnika. Piekę 20 minut, a po wyjęciu studzę bułki na kratce.

*przepis własny i robiony po raz pierwszy, więc nie wiedziałam, jak podzielić ciasto i w ostateczności upiekłam trzy bułeczki, ale wyszły dość duże i następnym razem z tych samych proporcji zrobię ich pewnie więcej


OBSERWUJĄ