Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowy przegląd filmowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowy przegląd filmowy. Pokaż wszystkie posty

11 stycznia 2014

497. miała być szarlotka...

Szarlotkowy krem owsiany z ubitą śmietaną kremówką

No i jest - z tym, że... w szklance! Śniadaniowy krem marzył mi się już od dłuższego czasu, choć mimo tego cały czas znajdowało się coś, co było opatrzone większym priorytetem. Ale koniec końców wyszło to dzisiejszemu śniadaniu na dobre, bo przez ten cały czas udało mi się w swojej głowie doszlifować koncepcję tego kremu chyba już do perfekcji. Może odrobinę czasochłonny, za to na weekendowe śniadanie, kiedy jest czasu trochę więcej - idealny. No a jak szarlotka, to obowiązkowo lody albo bita śmietana, nieprawdaż? Jako, że na te pierwsze to chyba nie ta pora roku (wbrew pozorom za oknami?), ja wybrałam właśnie kremówkę.

SZARLOTKOWY KREM OWSIANY

          średnie jabłko
          250 ml mleka
          60 g płatków owsianych
          60 ml gorącej wody
          łyżka masła
          łyżeczka cukru trzcinowego
          pół łyżeczki cynamonu
          szczypta gałki muszkatołowej
          szczypta soli
          +sok z cytryny

Piekarnik nastawiłam na 180 stopni. Jabłko pokroiłam na ćwiartki, obrałam i pozbawiłam gniazd nasiennych, a następnie pocięłam na mniejsze plasterki. Skropiłam je sokiem z cytryny. Płatki owsiane zalałam wrzątkiem, dodałam masło i cukier trzcinowy i wymieszałam je ze sobą, by się połączyły. Przykryłam je i odstawiłam do napęcznienia. Kiedy wsiąknęły całą wodę, na blasze wyłożonej papierem do pieczenia ułożyłam jabłka, a obok nich wyłożyłam nasiąknięte płatki. Wstawiłam blachę do nagrzanego piekarnika i piekłam przez 40 minut co jakiś czas je mieszając, po upływie pół godziny zmniejszając temperaturę do 100 stopni. Kiedy płatki były już suche i podprażone, a jabłka miękkie, przełożyłam je z powrotem do miski. Mleko zagotowałam w rondelku, a następnie wlałam do miski. Odstawiłam wszystko na kilka minut do ponownego napęcznienia, by płatki lekko zmiękły. Wtedy dodałam przyprawy, zblendowałam wszystkie składniki i wstawiłam krem do lodówki. By zgęstniał, wystarczy mu 30 minut - ja przygotowałam go wieczorem. Przez noc krem tężeje jeszcze bardziej, więc rozcieńczyłam go jeszcze ok. 50-75 ml wody. Podałam z 50 ml śmietany kremówki ubitej z łyżeczką cukru trzcinowego.

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 9: Igrzyska Śmierci

Jeżeli miałabym wybrać jakiś film, który będzie kojarzył mi się z ubiegłymi świętami, to właśnie "Igrzyska Śmierci" Gary'ego Rossa, który oglądałam z rodzicami w cudownej, rodzinnej, aż niepodobnej naszemu domowi atmosferze. Jeżeli chodzi o filmy science fiction, to średnio jestem ich fanką i orientuję się w nowościach w tym gatunku - mam swojego ulubionego "Łowcę Androidów" i właściwie na tym koniec. Trudno mi zatem określić, czy to ta świąteczna atmosfera, czy to rzeczywiście dobry film, ale całkiem przypadł mi do gustu. W Nowy Rok miałam się wybrać z mamą do kina na drugą część, która niedawno weszła na ekrany, jednak nasze plany nie do końca nam wyszły, zatem na kolejne "Igrzyska Śmierci" wybieramy się dopiero jutro.
A Wy widzieliście już obie albo przynajmniej jedną z części? Co o nich myślicie?


          365 dni temu
A rok temu był kaiserschmarrn. Ze śliwkami i cynamonem, jedzony przy świetle lampki na moim ukochanym parapecie. Tęsknię.

21 grudnia 2013

476. zoo w kuchni

Pełnoziarnisty małpi chlebek z muscovado, cynamonem i pekanami
vegan: mleko -> woda, masło -> olej np. z orzechów włoskich


Choć śniegu niewiele, to (zakładając, że nie ma się kataru) w moim domu nie sposób nie poczuć świąt zbliżających się wielkimi krokami. Pierniczki upieczone, a na dzisiejsze śniadanie małpi chleb w wersji mini. Chodził za mną, odkąd zobaczyłam go we wakacje w programie Marthy Stewart - no a kiedy będzie na niego lepsza pora, jak nie w święta?
I nie, nie jest on bananowy, jakkolwiek starałabym się zrozumieć, gdzie podprogowo udało przemycić mi się taki przekaz. :)


MAŁPI CHLEBEK
(1 porcja)

          40 g mąki pszennej pełnoziarnistej
          40 g mąki pszennej tortowej
          60 ml mleka
          10 g masła
          łyżeczka cukru trzcinowego
          pół łyżeczki suszonych drożdży
          szczypta soli

          posypka
          dwie łyżki sypkiego muscovado
          garstka orzechów pekan
          łyżeczka cynamonu
          +łyżka masła

Obie mąki przesiałam do miski, dodałam masło, cukier, drożdże i sól i dolewając stopniowo mleka zagniotłam ciasto. Wyrabiałam je dłońmi przez 10 minut, aż stało się gładkie i elastyczne. Uformowałam z niego kulę, umieściłam z powrotem w misce i odstawiłam w ciepłe miejsce na 45 minut. Posypkę przygotowałam rozcierając cukier (jeżeli nie jest w grudkach, nie jest to konieczne) z orzechami w moździerzu i dodając do nich cynamon. Gdy ciasto wyrosło, ponownie je zagniotłam i podzieliłam na osiem części. Z każdej z nich uformowałam kulkę, którą następnie równomiernie pokryłam masłem (nie chciało mi się go topić, więc roztarłam masło w dłoniach i dopiero wtedy formowałam z ciasta kule) i obtoczyłam w posypce. Ułożyłam je obok siebie w natłuszczonej foremce i odstawiłam na kolejne pół godziny. Przed upływem tego czasu nastawiłam piekarnik na 180 stopni. Wyrośnięty chlebek wstawiłam do nagrzanego piekarnika i piekłam przez 20 minut.

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 8: lekko na święta cz. 2

"Czarny kot, biały kot". Pierwszy film Emira Kusturicy, mojego słowiańskiego guru reżyserstwa, który obejrzałam i ciągle jeden z ulubionych. Właściwie w moim subiektywnym rankingu udało się przeskoczyć go tylko przepięknemu "Underground" i maksymalnie niesłowiańskiemu "Arizona Dream" z Johnnym Deppem. Ten drugi do czasu obejrzenia "Underground" pozostawał zresztą długo tym najbardziej ukochanym, pomimo że to zupełne odstępstwo od tego, za co wielbię Kusturicę - tj. tę słowiańskość, nostalgię, czystość emocji. "Czarny kot, biały kot" to natomiast chyba najlżejszy gatunkowo film Kusturicy (nie, "Maradony" nie widziałam :D), jednak w swojej przystępności wcale nie pozbawiony głębszej wartości. Fakt, że oglądając go, śmiałam się co drugie zdanie, wcale nie przeszkodził mi w tym, by na koniec zwyczajnie się popłakać. Kolejną istotną rzeczą w tym filmie jest muzyka, która w ogóle w dziełach Kusturicy jest bardzo ważna i również tym razem nie zawiodła. I o ile miejsca soundtracku do "Arizona Dream", za który pokochałam Gorana Bregovića miłością bezwarunkową, nic w moim sercu nie zajmie, to i w ścieżce dźwiękowej tego filmu nie brakuje prawdziwych perełek. Do posłuchania "Pitbull Terrier", moja ukochana piosenka i jednocześnie kwintesencja filmu "Czarny kot, biały kot".


14 grudnia 2013

469. na leniwy poranek, na wytrawnie

       

Jajka zapiekane w szynce parmeńskiej i blanszowanym jarmużu, drożdżowe bułeczki serowe z pecorino romano

Hm, skoro i tak nie piekę ostatnio muffinek, to może by wykorzystać formę do nich w nieco inny sposób? A teraz pora na intymne wyznania - kocham jarmuż!

JAJKA W SZYNCE PARMEŃSKIEJ
(1 porcja)

     2 jajka
     2 plastry szynki parmeńskiej
     kilka liści jarmużu
     (można użyć też szpinaku)
     +sól do podania

Jarmuż przelałam wrzątkiem, a następnie lodowatą wodą i wysuszyłam. Na liściach ułożyłam plastry szynki parmeńskiej i zwinęłam je tak, by utworzyły formę na jajka. Umieściłam je w foremce na muffiny i wbiłam po jednym jajku. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i zapiekałam przez 20 minut.



SEROWE BUŁECZKI
(1 porcja)

          35 g mąki pszennej pełnoziarnistej
          35 g mąki pszennej tortowej
          50 ml mleka
          dwie łyżki grubo startego sera pecorino
          (albo parmezanu czy grana padano)
          łyżeczka cukru trzcinowego
          pół łyżeczki suszonych drożdży
          szczypta soli
          +masło do formy i posmarowania bułeczek

Obie mąki przesiałam do miski. Dodałam cukier, drożdże i sól i stopniowo dolewając mleka zaczęłam wyrabiać ciasto dłońmi i robiłam to przez 10 minut, dopóki nie stało się elastyczne i przestało być klejące. Uformowałam z ciasta kulę i odłożyłam na 40 minut do podwojenia objętości. Po upływie tego czasu dodałam do miski ser żółty i ponownie zagniotłam ciasto. Podzieliłam je na dwie części i z każdej z nich uformowałam okrągłą bułeczkę, którą umieściłam w wysmarowanej masłem formie. Posmarowałam je z wierzchu masłem i odstawiłam na 20 minut, by ponownie wyrosły. W tym czasie przygotowałam jajka w szynce. Gdy bułeczki wyrosły, wstawiłam całą formę do piekarnika i piekłam je przez 20 minut w 180 stopniach.

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 7: lekko na święta cz. 1

Ostatnio zostałam poproszona o polecenie w swoim weekendowym cyklu jakichś łatwych, niezobowiązujących filmów na czas świątecznego lenistwa. Pierwsze, co od razu po przeczytaniu tych słów przyszło mi do głowy, to film (a właściwie dwa filmy), które mnie najbardziej kojarzą się ze świętami. Nie ze względu na swoją tematykę, ale dlatego, że po raz pierwszy oglądałam je właśnie w okresie świątecznym. Kevin Smith - reżyser nie nazbyt wybitny, ale na pewno w swojej kategorii jest jednym z najlepszych. Duet Smitha i Jasona Mewesa, czyli Jay i Cichy Bob od pierwszego wejrzenia skradł moje serce. Moja przygoda z nimi rozpoczęła się od pierwszej części kultowego "Clerks". Po obejrzeniu tego filmu od razu sięgnęłam po jego sequel, a zaraz potem po całą resztę filmów z udziałem Jaya i Cichego Boba. Żaden już potem nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak obie części "Sprzedawców", ale moja miłość do owego duetu tylko się pogłębiła. Humor w w pierwszej części "Clerks" jest moim zdaniem najbardziej wyważony ze wszystkich komedii Smitha. Czarno-biały film jest niezwykle klimatyczny. Po jego obejrzeniu dopadł mnie nie tylko ból mięśni brzucha, ale i jakaś swoista nostalgia. W drugiej części Smith poszedł o krok dalej - i nie chodzi mi tyle o zainwestowanie w kolorową taśmę, ale przede wszystkim o żarty, na jakie sobie pozwolił. "Clerks II" jest dużo mniej zobowiązujący, choć i po jego obejrzeniu nie udało mi się uciec od tego dziwnego uczucia smutku czy pustki. Tym razem może dlatego, że nie ma już kolejnej części. Co prawda kilka lat temu - pomimo hibernacji postaci Jaya i Cichego Boba - pojawiły się plotki o przygotowaniach do trzeciej odsłony przygód tego duetu, ale póki co nie zostały potwierdzone działaniami. A kim są Jay i Cichy Bob?


9 grudnia 2013

464. dwuskładnikowe ciasto

Ciasto kasztanowe z ricottą i kasztanami
vegan: pominąć ricottę

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 6 & TYDZIEŃ W RYTMIE PONIEDZIAŁKU vol. 7: David Lynch

Ostatni przegląd filmowy pominęłam, ale właściwie dzisiejszy "odcinek" można podciągnąć pod obie te serie, więc nie ma tego złego. (; Do dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie właściwie jedna piosenka, którą męczyłam ostatnio przez kilka dobrych dni.



David Lynch. Nie tylko reżyser, ale i muzyk - moim zdaniem całkiem zacny. Już kiedyś zresztą próbowałam Was zarazić jego "Good Day Today", które właśnie obok duetu z Lykke Li jest moim ulubionym jego utworem. Sama Lykke Li zresztą świetnie wpasowuje się moim zdaniem i swoim głosem, i pewną nostalgią w śpiewaniu w ten wyjątkowy, niemożliwy do podrobienia lynchowski klimat. Jego teledyski również trudno pomylić, bo już na pierwszy rzut oka mają one sporo wspólnego z jego twórczością filmową. Jeżeli natomiast chodzi o tę, to mojego faworyta wśród filmów Lyncha też już znacie, bo o "Głowie do wycierania" wspominałam już tutaj. Pierwszy film Lyncha (no, poza "Dzikością serca" w dzieciństwie, ale to się nie liczy), który świadomie obejrzałam i do tej pory najbardziej ukochany. To właśnie jeden z tych, które boję się obejrzeć drugi raz. O przodowanie wśród ulubionych dzieł tego reżysera może z "Głową do wycierania" zawalczyć tylko "Miasteczko Twin Peaks", czyli serial mojego dzieciństwa. Właściwie po "Twin Peaks" Lynch nie zrobił zbyt wiele rzeczy, które jakoś specjalnie by mnie zainteresowały (bo ogromną fanką ani "Mulholland Drive", ani nawet "Zagubionej autostrady" nie jestem - tak, to ten moment, kiedy możecie mnie w końcu zlinczować - nomen omen). "Inland Empire" nie podołałam - nie dotrwałam do końca pomimo szczerych chęci. Nie da nie zauważyć się, że filmy Lyncha, gdy ten zaczął bardziej skupiać się również na karierze muzyka, straciły coś z dawnej magii, tajemniczości. Z drugiej strony jednak cieszy mnie przynajmniej fakt, że pomimo iż jego twórczość filmowa straciła w ostatnim czasie, to straciła przynajmniej na rzecz świetnej muzyki. Bo muzyka wciąż jeszcze Lynchowi wychodzi.


CIASTO KASZTANOWE
(1 porcja)

          150 ml wody
          100 g mąki kasztanowej
          szczypta soli
          +ode mnie garść pokruszonych kasztanów

Mąkę wsypałam do miski, dodałam sól, dolałam wody i wymieszałam wszystkie składniki. Na koniec dorzuciłam do masy także kasztany. Przelałam ciasto do kokilki wyłożonej papierem do pieczenia. Piekłam przez 25 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

1 grudnia 2013

456. na niedzielę

Płatki owsiane na wodzie różanej z burakami, tahiną i sezamem

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 5: Chinatown

Ponad tydzień temu pytałam Was o film, który moglibyście oglądać bez końca. Odpowiedzi były różne. Ja również mam taki film - jest nim "Chinatown" Romana Polańskiego, którego zresztą uwielbiam i nie jest to jedyny jego film, który znam na pamięć. "Nieustraszeni pogromcy wampirów" to moje dzieciństwo, "Dziecko Rosemary" - znany wszystkim klasyk, a "Nóż w wodzie" to moim zdaniem jeden z najlepszych polskich filmów. "Chinatown" natomiast ma w sobie jakąś trudną do zdefiniowania magię. Coś, co sprawia, że nawet, jeżeli nie bardzo interesuje fabuła filmu, jego piękno i klimat film-noir nie pozwalają na oderwanie wzroku. Już samo nazwisko Jacka Nicholsona sprawia, że jakikolwiek film jest warty obejrzenia. Faye Dunaway - choć moim zdaniem jest przerażająco brzydka - jest jedną z moich ulubionych aktorek. Epizod z Polańskim występującym jako gangster, którego atrybutami są nóż i krasnali wzrost, to natomiast creme de la creme i nie lada gratka dla fanów jego aktorskich popisów. Uwielbiam. Uwielbiam ten film całym sercem.
Widzieliście?




22 listopada 2013

447.

Uprażona kasza jaglana na mleku migdałowym z prażonymi płatkami migdałowymi i karmelizowanymi śliwkami

Nie, nie poszłam w końcu na Fismolla, bo moja przyjaciółka zaniemogła. Ale jeszcze go złapiemy. (;

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 4

A dzisiaj... Dzisiaj to nie ja będę się uzewnętrzniać, ale chciałabym, żebyście Wy to zrobili. Hasło na dziś: 

film, który znasz na pamięć, a mimo tego mogłabyś/mógłbyś oglądać w nieskończoność

Podzielcie się ze mną Waszymi faworytami, a ja napiszę o swoim za tydzień. :)


15 listopada 2013

440.

 
Quinoa i amarantus na soku pomarańczowym z pomarańczą, otartą skórką pomarańczową, jogurtem greckim, rozmarynem i miodem rozmarynowym

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 3

Czasem... Czasem nie jestem w stanie napisać nic więcej.
Czasem filmowe obrazy oddają więcej niż najbarwniejsze słowa. Mamy weekend. Moje małe "In heaven".



Znacie?

8 listopada 2013

433. na pożegnanie


Maliny z kokosowo-owsianą kruszonką i ubitym mleczkiem kokosowym

Pożegnanie malin, bo to już chyba ostatnie, które udało mi się zdobyć w tym roku. I po raz kolejny owsiana kruszonka - co jak co, ale to moja ulubiona i do wszelkiego rodzaju crumble innej nie chcę!

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 2: "Full Metal Jacket"

      Dzisiaj chcę napisać o filmie, którego temat był tutaj wałkowany już kilka razy przy okazji wszelkich nominacji do różnych tagów, warto byłoby więc w końcu go jakoś podsumować.
Z filmami mam tak, że albo mogę je oglądać bez końca, albo po obejrzeniu filmu już do niego nie wracam. Nie wracam zwykle z dwóch powodów, które są sobie tak różne, jak odległe bieguny północny i południowy. Pierwszy powód jest prozaiczny i zakładam, że nie jest to tylko moja przypadłość - jeżeli film jest po prostu zły, nudny albo zwyczajnie nie zrobił na mnie takiego wrażenia, bym chciała obejrzeć go ponownie - po prostu o nim zapominam. Drugi z nich jest bardziej przewrotny. Zdarzają się bowiem takie filmy, które robią na mnie wrażenie tak duże, że również nie jestem w stanie obejrzeć ich drugi raz. Nie potrafię, a może nie chcę - w obawie, że po kolejnym seansie będę patrzeć na film zupełnie inaczej. Że uświadomię sobie jego błędy, że okaże się wcale nie być tak wspaniały, jaki wydał mi się za pierwszym razem, że zniknie gdzieś ta cała magia. Jednym z takich filmów jest właśnie "Full Metal Jacket" Stanleya Kubricka z 1987 roku, jego przedostatnie i moim zdaniem najlepsze dzieło (no dobra, na równi z "Dr Strangelove"). Zauważam jednak tendencję, że ta przypadłość dotyczy w moim przypadków raczej filmów trudnych - podobnie nie odważyłam się do tej pory sięgnąć ponownie chociażby do "Underground" Kusturicy, który niezależnie od tego pozostaje w gronie moich ulubionych filmów, w którym jest również "Full Metal Jacket". Nieraz pisałam również, że filmy wojenne to nie jest moja bajka. Co innego westerny (o tym jednak innym razem), ale filmy wojenne to coś, czego nie potrafię zdzierżyć, a czym byłam katowana w dzieciństwie do znudzenia, bo mój ojciec jest zaś ich ogromnym fanem. Ale dobry film nie podlega żadnym gatunkom, ramom, kategoriom. Dobry film to po prostu dobry film. Pojęcie dobrego, czy nawet wybitnego filmu jest również kwestią bardzo subiektywną, ale od czasu zobaczenia "Full Metal Jacket" film ten stał się dla mnie niemal jego definicją. Dzieło Kubricka ma moim zdaniem wszystko, co taki obraz najwyższych lotów zawierać powinien - "Pełny magazynek" trzyma w napięciu, jest niekonwencjonalny i pozostawia coś więcej niż tylko zarys fabuły. Skłania do refleksji i jeszcze na długie godziny pozostawia wbitym w fotel.
Jeżeli nie boicie się takich filmów (a czasem warto obejrzeć coś ambitniejszego), to mogę Wam szczerze polecić właśnie "Full Metal Jacket". A na zachętę możecie obejrzeć fragment, który najlepiej zapamiętałam z całego filmu i który jest chyba jednym z najlepszych, a jednocześnie idealnie ukazuje również granicę pomiędzy dwoma tak różnymi światami.




PS: Opinie w Weekendowym Przeglądzie są subiektywne - na kinie się nie znam, a przynajmniej nie do tego stopnia, by uważać się za krytyka filmowego, zatem wolę już teraz uprzedzić potencjalne obruszenie fanów (fana :)) "Incepcji". Nie, nie mam gustu.

1 listopada 2013

426.

Gofry Michela Rouxa z cytrynową pigwą i trzcinowym cukrem pudrem

WEEKENDOWY PRZEGLĄD FILMOWY vol. 1: "Carrie" (1976)

Ostatnio dosyć głośno jest o wchodzącym właśnie do kin horrorze "Carrie". Nie wszyscy pewnie wiedzą, że film ten jest nie tyle ekranizacją powieści Stephena Kinga, co remake'iem filmu Briana De Palmy o tym samym tytule sprzed prawie 40 lat. Przyznam, że nowej wersji "Carrie" nie miałam jeszcze okazji obejrzeć, natomiast klasyk De Palmy, odkąd go zobaczyłam, ma stałe miejsce w moim sercu i to właśnie o nim chciałam dzisiaj napisać. Jednakże przed stworzeniem tego wpisu zrobiłam mały research i trafiłam na zwiastun remake'u, który dał mi całkiem dobry ogląd na to, jak różne zapowiadają się być te dwa filmy. Choć "Carrie" z 1976 roku nie zasługuje może do końca na miano jednego z moich ulubionych filmów, to z pewnością należy do grona tych, które oglądało mi się najlepiej. Nie nazwałabym go również horrorem - klimatem przypomina mi raczej klasyczne teen movies, z może rzeczywiście dość strasznym zakończeniem. Oglądając go w powietrzu czułam dość wyraźny zapaszek kina klasy B, jakkolwiek ta konwencja w wykonaniu mistrza De Palmy (to ten od "Człowieka z blizną", notabene świetnie gra również i w tym filmie pastiszem) bardzo do mnie przemawia. Wydaje mi się, że jednak największym atutem tego filmu jest kreacja Sissy Spacek. Już patrząc na Carrie na plakacie pierwszej ekranizacji powieści Kinga, wzbudza ona we mnie niepokój, czego niestety brak afiszom jej najnowszej adaptacji. "Młodsza" Carrie jest taka... za ładna. Bo chociaż Spacek nigdy urodą nie grzeszyła, późniejszego Oscara zdobyła zasłużenie.
A Wy wybraliście się już do kina na najnowszą "Carrie"? Jeżeli widzieliście już ten film, szczerze mogę Wam polecić również jego starszą wersję. A jeżeli nie, to właściwie tym bardziej warto go obejrzeć przed seansem w kinie, by móc skonfrontować swoje wrażenia dotyczące obu filmów. Na koniec polecam Wam również porównanie ich zwiastunów - i o ile na temat pełnometrażowej "Carrie" z 2013 roku nie chcę póki co wyrażać pochopnych opinii, bo filmu jeszcze nie widziałam, to co do jego zwiastuna mogę już z całą odpowiedzialnością napisać, że jest wybitnie słaby.


Jest i podsumowanie kolejnych ośmiu wpisów z ubiegłego dyniowego tygodnia. Moją ulubioną pozycją są dyniowe kluski kładzione, które wspaniale zwieńczyły kolejną edycję cyklu. A Wam co najbardziej przypadło do gustu?
W ulubionych śniadaniach października, które właśnie zaktualizowałam, również króluje dynia. Możecie obejrzeć je
tutaj i zagłosować na te najlepsze Waszym zdaniem, do czego bardzo zachęcam! Jestem ciekawa, które śniadania najbardziej przypadły Wam do gustu.

Kasza jaglana uprażona na oleju kokosowym z dynią, cynamonem, rodzynkami, mleczkiem kokosowym i miodem

Pełnoziarniste ciasto dyniowo-kakaowe "tygrysek"

Pełnoziarniste dyniowe racuchy z rodzynkami namoczonymi w syropie klonowym

Migdałowy dyniowy sernik z mascarpone i ricotty z tartymi migdałami blanszowanymi

Dynia faszerowana paloną kaszą gryczaną z masłem, cynamonem i gałką muszkatołową z miodem gryczanym

Pełnoziarniste dyniowe muffiny posypane tartą gorzką czekoladą

Zapiekany miodowy budyń dyniowy z mascarpone z musem dyniowym

Dyniowe kluski kładzione na mleku z prażonymi pestkami dyni i miodem

OBSERWUJĄ